blog.aspołeczny.net

Soilwork. Opis bardzo subiektywny  Skomentuj »

11 listopada '07, 15:11

Pewnego pochmurnego poranka maszerując na przystanek ze słuchawkami na uszach skontastowałem, że czas poszukać trochę nowości do posłuchania. W końcu kiedyś trzeba zapełnić te 40 GiB (które w swoim czasie były moim najpoważniejszym wydatkiem w życiu) dodatkowymi dźwiękami.

W tym miejscu konieczne są dodatkowe wyjaśnienia. Mój model odbioru i zdobywania nowej muzyki jest dość osobliwy. Zazwyczaj słucham całych albumów, czasem na playliście znajdzie się więcej niż jedna płyta w podobnej stylistyce, nigdy za to nie męczyłem pojedynczych utworów. Preferując jedyny słuszny gatunek nie znajdę nic nowego w radiu ani telewizji (których właściwie i tak unikam), nie dowiem się niczego od ziomali z klasy ni od starszego brata, którego zwyczajnie nie mam. Zaległości nadrabiam hurtowo, raz na jakiś czas - najczęściej gdy wypada więcej dni wolnego - odpalając program last.fm. Ograniczam randomizację tagami jedynego słusznego gatunku, siadam wygodnie w fotelu ze słuchawkami i co jakiś czas zapisuję nazwę zespołu, którego utwór wpadł mi w ucho. Ostatnio jednak, pomijając 1 listopada, wolnego jakby brak, wszystko trzeba robić w biegu. Nic to, zrobię inaczej.

Otwieramy stronę przykładowo takiego In Flames na last.fm, spoglądamy w lewo, na kolumnę zatytułowaną "Podobni wykonawcy". To znamy, tych też... o, Soilwork, fajna nazwa, trzeba spróbować. Przesłuchujemy próbki umieszczone online. Spodobało się? To trzeba teraz gdzieś dostać pełne albumy w akceptowalnej jakości. Wkładamy więc kurtkę i udajemy się do sklepu...

Taa, pewnie. Ja bardzo chętnie, tylko niech ktoś podrzuci mi parę groszy. Tak więc jak na cwanego Polaka przystało otwieramy jedno z for Peer2Mail i szukamy. O jest, niemal kompletna dyskografia - niestety, to tylko MP3, ale przynajmniej bitrate 320kbs. Po niecałej godzince mamy .rar na dysku, chwilę później pliki zamieszkały w odtwarzaczu.

Pierwsze wrażenie ogólnie jest neutralne. Taki typowy göteburg metal - mocne riffy, darcie mordy i odrobina zniewieściałej elektroniki. Jako zapychacz dałby radę. Problem w tym, że ja nie szukam zapychacza. Chcę czegoś na tyle oryginalnego, by nie przelatywało bezmyślnie między uszami, chcę zastanowić się chwilę nad kompozycją utworu. A tu większość albumów jest zwyczajnie miałka. Z jednym wyjątkiem

Album nazywa się A Predator's Portrait i w moim mniemaniu jest inny. Różni się od pozostałej twórczości Soilwork dużą dawką progresywu - zmiany tonacji, tempa, różne techniki wokalne. Utwory komponowane są w prosty, oklepany sposób - zwrotka-refren-zwrotka-refren-solówka-refren, ale jest to jednocześnie ich atutem - większość melodii bardzo łatwo zagnieżdża się w głowie i nie daje spokoju cały dzień. Być może dzięki temu mam wrażenie, że cała płyta trzyma równy poziom.

Konkluzja jest taka - dla Pustelnika Soilwork to tylko jedna płyta.

Nie ma życia bez własnego odtwarzacza  2 komentarze »

27 sierpnia '07, 22:02

Że taż nawet tak denna stacja, jak Zetka może się stoczyć jeszcze niżej…

Lat temu kilka, tak mniej-więcej pod koniec podstawówki słuchałem sobie tej stacyjki we wspaniałym full-wypas radiobudziku (fanfary!). Leciały sobie hity z zakresu Madonny i Krzysia Krawczyka. W sumie taka muzyka nawet mi odpowiadała, radio miało fajnych prowadzących, nie było tyle badziewnej elektroniki co w np. Esce. Ha, do czasu.

Jak już kiedyś napisałem, nie słucham radia od kiedy ubili nam Biskę. Jednak całkiem niedawno jadąc busem z jednej wsi do drugiej (trasa Lublin – Nałęczów), wyjątkowo bez słuchawek na uszach, mimowolnie słuchałem radia kierowcy. To, co leciało w eterze można określić jednym słowem - kicz. W najbardziej negatywnym tego słowa znaczeniu. Coś mniej wartego niż „Czarne Oczy”, technohity zza oceanu. No zgadnijcie, jaka to była stacja?

Swoją drogą, ciekaw jestem, co teraz puszczają w Esce… :>