Własne cztery kąty
Gdy tak się przypadkiem złożyło, że maturę napisałem z wynikiem pozytywnym i nawet mam prawo nieśmiało myśleć o dostaniu się na studia, osiągnąłem coś więcej niż śmieszny papierek z urzędowymi pieczątkami i kopią podpisu dyrektora OKE, mianowicie zyskałem własne mieszkanie. Może to nie moje nazwisko widnieje na rachunkach czy zeznaniach podatkowych, co nie zmienia faktu, że to ja tu mieszkam. (co, niestety, nie znaczy również, że nie ja płacę rachunki). Jako że jestem typowym, wypranym z duchowości materialistą, te "własne" cztery kąty na dłuższą ucieszyły mnie zdecydowanie bardziej niż koniec edukacji szkolnej czy ostatecznie przyjęcie na studia.
Początkowo miałem mieszkać sam ze sobą, czyli, jeżeli zmarginalizujemy ojca piętro wyżej i sąsiadów poniżej (nie, to nie blok, to domek "wielorodzinny"), "wolność Tomku w swoim domku" - imprezy, melanże, zarzygane ściany, wybite okna, zerwane deski z podłogi i czarne msze co piątek. Lecz niestety, zawsze musi znaleźć się coś, co kompletnie zniweczy wszystkie plany i założenia. W końcu brat to też człowiek, mimo, iż młodszy, to i dla niego też trzeba zarezerwować miejsce na czas edukacji ponadgimnazjalnej (mam jeszcze co najmniej rok spokoju, Dionizosowi niech będą dzięki). Było ciężko, ale przeszedłem nad tym do porządku dziennego. Najwyżej będę czcił Szatana u siebie w pokoju.
Jednak nawet rodzeństwo ma swoje dobre strony. Ponieważ zamiast remontować cały metraż skupiłem się na swoim kąciku (niewielki, 4x4 metra) zaoszczędziłem farbie, gipsie i takich tam. To, że za swoimi drzwiami mam tak jakby syf naprawdę nie robi wielkiej różnicy, prawda? W zamian te pieniądze można przepić, albo nakupować trochę sprzętu, jak np. Drukarka - urządzenie wielofunkcyjne, zewnętrzny dysk twardy czy mysz bluetooth do notebooka. Staram się też nie zauważać, że w pokoju brakuje tak zbędnych rzeczy jak np. żyrandol lub rolety czy inne tam firanki. Naprawdę się staram (w sumie to już się przyzwyczaiłem. Prawie. Dobrze, że naprzeciwko nikt nie mieszka). Jak na dzień dzisiejszy zatrzymałem się na wywaleniu większości starego regału gdzie indziej, pomalowaniu ścian na kolory "indiańskiego lata" oraz "meksykańskiego chili", machnięciu starej półki lakierobejcą na kompletnie niepasujący do pozostałych mebli kolor i jej powieszeniu.
Do zrobienia pozostało jeszcze kilka fajnych szczegółów, jak na przykład renowacja starych kolumn ojca (Altus 110, jakby to kogoś poza mną interesowało), zbudowanie stolika na laptopa do łóżka (że niby można kupić? Nieee, to by było zbyt proste) czy naprawa cieknących kranów, ale to przecież może poczekać. Ogólnie rzecz biorąc, cholernie podoba mi się u siebie. Brakować mi będzie tylko babcinych obiadków, eeeh...
Podsumowałem sobie przy okazji co zyskałem przez te trzy licealne lata - jakieś 10 kilo wagi, pogorszony wzrok, większy ból pleców, chora wątroba, stracone pieniądze i ubytek znacznego odsetka szarych komórek. Acha, no i matura. No, ale teraz może być już tylko lepiej, prawda?

Wybitne przemyślenia szanownych gości
ein 16 sierpnia '08, 21:10
Podoba mi sie umeblowanie. Minimalistyczne, a przez to naprawdę fajne.
Tylko pozazdrościć mieszkania na starcie (chociaż i tak wolę domek w górach, ale to jeszcze kilka lat musi poczekać).
Po co Ci tyle krzeseł? ;)
Miłego mieszkania :)
Bo nie miałem gdzie ubrań rzucać. ;)
Rzuć mięsem