blog.aspołeczny.net

Windows sprzedawany z laptopem, oh no!  8 komentarzy »

26 sierpnia '08, 14:54

Od niecałego miesiąca mam notebooka. Sprzęt jest nowy - porządnie wyposażony Asus X55SV, którego to moją recenzję od strony hardware można znaleźć na forum Notebookcheck. Laptop kupiłem razem z preinstalowanym systemem Microsoftu w ramach sprzedaży wiązanej. Na rynku nie ma dostępnego tego modelu bez systemu, sprzedawca rzecz jasna nie umożliwia rezygnacji z oprogramowania i obniżenia ceny sprzętu o jego wartość, a walczyć mi się nie chciało. Nie byłem z tego powodu szczęśliwy, o nie. Nie chciałem Visty, nie po tym, co o niej czytałem w sieci, na wielu różnych portalach i blogach – joggerowych też.

Kurier dostarcza komputer, i pierwszy raz włączam nowego Windowsa. Tego samego dnia formatuję dysk i instaluję na nim dystrybucję GNU/Linuksa, co do której miałem nadzieję, że najlepiej obsłuży wszystkie podzespoły, którą od dawna posługiwałem się na co dzień. Ubuntu znaczy się, ale mniejsza o to. Lubię Linuksa, ze względu na wiele rozwiązań i udogodnień, których u konkurencji nie znajdę. Panuje powszechne przekonanie, że trzeba poświęcić dużo czasu na jego konfigurację – to nie prawda, większość sprzętu działa od ręki, resztę wystarczy tylko skonfigurować. Nie, ten wpis nie jest o linuksie na laptopie. Żeby było weselej, nie jadę w nim też po Microsofcie.

Trzy dni. Po trzech dniach wziąłem recovery CD i przywróciłem Windowsa.

Własne cztery kąty  4 komentarze »

16 sierpnia '08, 20:16

Gdy tak się przypadkiem złożyło, że maturę napisałem z wynikiem pozytywnym i nawet mam prawo nieśmiało myśleć o dostaniu się na studia, osiągnąłem coś więcej niż śmieszny papierek z urzędowymi pieczątkami i kopią podpisu dyrektora OKE, mianowicie zyskałem własne mieszkanie. Może to nie moje nazwisko widnieje na rachunkach czy zeznaniach podatkowych, co nie zmienia faktu, że to ja tu mieszkam. (co, niestety, nie znaczy również, że nie ja płacę rachunki). Jako że jestem typowym, wypranym z duchowości materialistą, te "własne" cztery kąty na dłuższą ucieszyły mnie zdecydowanie bardziej niż koniec edukacji szkolnej czy ostatecznie przyjęcie na studia.

Początkowo miałem mieszkać sam ze sobą, czyli, jeżeli zmarginalizujemy ojca piętro wyżej i sąsiadów poniżej (nie, to nie blok, to domek "wielorodzinny"), "wolność Tomku w swoim domku" - imprezy, melanże, zarzygane ściany, wybite okna, zerwane deski z podłogi i czarne msze co piątek. Lecz niestety, zawsze musi znaleźć się coś, co kompletnie zniweczy wszystkie plany i założenia. W końcu brat to też człowiek, mimo, iż młodszy, to i dla niego też trzeba zarezerwować miejsce na czas edukacji ponadgimnazjalnej (mam jeszcze co najmniej rok spokoju, Dionizosowi niech będą dzięki). Było ciężko, ale przeszedłem nad tym do porządku dziennego. Najwyżej będę czcił Szatana u siebie w pokoju.